Z komputerami do Kalaszów przez doliny talibów
Piotr Balcerowicz
sierpień 2009
Nasz furgon gwałtownie hamuje przy wtórze uderzeń drewnianej pałki o blachę maski. Wąsaty policjant szarpie drzwi i siada w szoferce obok mnie, tuż za przerażonym kierowcą.
Co tam ukrywacie?! Odsłaniać plandekę! - krzyczy.
- Wieziemy komputery – odpowiadam spokojnie.
- Gdzie ukradliście?!
Wali Khan siedzący przede mną wyjaśnia:
- Kupiliśmy. Tu są wszystkie rachunki.
Policjant przekazuje mi je z poleceniem: Czytaj!
Okazuje się, że nie umie czytać.
- Te rachunki są sfałszowane. Dalej z kradzionym towarem nie pojedziecie. Zdeponujecie towar na komisariacie. Jesteście aresztowani.
Zawiesza głos: No, chyba, że macie inną propozycję...
Rozmowa odbywa się w urdu, a policjant bierze mnie z początku za Pasztuna - z brodą, ubranego w salwar-kamiz, w białej czapeczce topi zakładanej zwyczajowo do modlitwy. Zawsze też siedzę na drugim siedzeniu za kierowcą, nigdy nie wychodzę z samochodu. Wysiądę dopiero wieczorem, gdy zatrzymamy się na nocleg u zaufanych znajomych w domostwie otoczonym wysokim glinianym murem, z dala od drogi i ciekawskich spojrzeń.
Wyciągam paszport i wyjaśniam:
- To są moje komputery. Wiozę je w darze dla szkoły.
Policjant nie daje za wygraną: Jakiej szkoły? A gdzie jest pozwolnienie?
- Pozwolenie na co? - dopytuję się.
- Żeby móc podarować te komputery! Na wszystko musi być pozwolenie. Nie ma? No to musicie zostawić komputery w komisariacie do czasu uzyskania pozwolenia... A pozwolenie kosztuje... Sami rozumiecie, prawda?
Wali Khan blefuje: On pracuje w ambasadzie, jedziemy z oficjalną wizytą.
Ja pytam o nazwisko. Policjant w końcu daje za wygraną i puszcza nas bez bakszyszu.
Ruszamy. Ale dwadzieścia parę kilometrów dalej sytuacja się powtórzy i będzie się tak powtarzać kilkanaście razy przez najbliższe dwa dni na trasie prowadzącej z Peszawaru przez Dolinę Swat i Dir. Nie uda nam się przejechać w jeden dzień, jak planowaliśmy. Czasem zatrzymują nas żołnierze, gotowi do strzału. Z nimi nie ma żadnych kłopotów, pod warunkiem, że w porę się zatrzymamy. Sprawdzają, czy nie przewozimy broni, i puszczają dalej bez zbędnych pytań.
Cały ten obszar - od przełęczy Khajber po przełęcz Lowari - jest niespokojny. Minęło kilkanaście dni od czasu, kiedy pod koniec lipca władze Pakistanu zniosły godzinę policyjną i zakaz poruszania się po trasie między Malakandem a Dir. Jeszcze niedawno strzelano do pojazdów na tej drodze bez ostrzeżenia. Teraz uchodźcy mogą według zapewnień rządu bezpiecznie wracać do domów. Mimo to ruch na drodze jest niewielki i mało kto ryzykuje tędy przejazd. Drogę nadzoruje armia, ale niektóre odcinki na trasie są nadal okresowo kontrolowane przez talibów. Przejeżdżamy przez wieś Czakdara i mijamy pozostałości walk: świeże zgliszcza spalonych domostw i wielki lej tuż przy drodze - pozostałość po zbiornikach stacji benzynowej. Tutaj zaopatrywali się w paliwo talibowie. Drogę zagradza osmolona i pognieciona blacha falista: to resztki dachu zmiecionego podmuchem wybuchu. Takich miejsc mijamy wiele. Swąd zawsze informuje nas wcześniej, że niedawno toczyły się tu walki.
W dniu mojego powrotu, o czym dowiem się dopiero w Kabulu, na trasie mojego przejazdu oddział talibów wywlecze z samochodu i rozstrzela na miejscu Dżanullaha Haszimzada, afgańskiego dziennikarza pracującego dla telewizji Szamszad.
Codziennie znajduje się to zwłoki cywilów, czasem po dwadzieścia kilka ciał. Nie wszyscy giną z rąk talibów - oskarżani o współpracę z władzami pakistańskimi czy szerzenie wartości nieislamskich. Niektórzy są zabijani przez tajne oddziały pakistańskiej armii, która w ten sposób eliminuje podejrzanych o dawanie schronienia talibom. Oficjalnie rząd Pakistanu zaprzecza tym doniesieniom, ale tu na miejscu wszyscy wiedzą, jak się sprawy mają naprawdę. To właśnie do nich skierowane jest to ostrzeżenie, żeby w żaden sposób nie wspierać ukrywających się talibów.
Paradoksalnie, dla miejscowej ludności obecność talibów bywa mniej uciążliwa niż obecność pakistańskiego wojska i policji. Od razu widać, że nasza czwórka to ludność miejscowa: kierowca Amdżad i jego zmiennik Habib z sąsiedniej doliny, Wali Khan – nauczyciel z plemienia Kalaszów, dla których wieziemy komputery i system baterii słonecznych, oraz ja - wtopiony w lokalny koloryt.
Wielokrotnie mijamy po drodze obozy dla uchodźców na północ od Peszawaru te same, co rok temu. Przed rokiem nie było ich aż tyle i nie były tak przepełnione. Tutaj znalazła schronienie ludność, która uciekła z terenów, przez które prowadzi nasza trasa. W zeszłym roku uchodźców było niespełna 300 tysięcy, w tym roku przez walkami uciekły 2 miliony mieszkańców z Dolin Swat i Dir. Żywność dystrybuowana jest także w punktach bezpośrednio znajdujących się przy drodze. Organizacji zagranicznych niosących pomoc, pomimo wielokrotnie ponawianych apelów rządu pakistańskiego do świata, zupełnie tu nie widać. 40 kilometrów za Peszawarem w drodze do Majdanu ciąg obozów się kończy. Te tereny jeszcze dwa tygodnie temu całkowicie kontrolowali talibowie. Teraz zostali wyparci przez armię, ale regularnie powracają.
Jeszcze zimą mieszkańcy liczyli na to, że po walkach między pakistańską armią a talibami, które z przerwami trwały od jesieni 2006 roku, nastanie pokój po tym, jak talibowie 15 lutego br. ogłosili zawieszenie broni, a 24 lutego bezterminowy rozejm. Wówczas zdążyło zginąć ok. tysiąca cywilów – ofiar ostrzału prowadzonego przez armię pakistańską i działań odwetowych talibów. Rząd Pakistanu oddał Swat we władanie talibom, którzy zaprowadzili nowy ład koraniczny, znieśli administrację państwową, ustanowili sądy koraniczne i zlikwidowali państwowe, zamknęli niemal wszystkie 350 szkół, do których uczęszczały dziewczęta, a spalili niemal dwieście. W zamian mieli zakończyć swoje operacje militarne i ekspansję na inne doliny. A jeszcze 28 stycznia podczas wizyty w Dolinie Swat głównodowodzący armią pakistańską gen. Ashfaq Parvez Kayani groził: „W ciągu najbliższych dwóch tygodni odbijemy Swat”.
Okrucieństwo pierwszych drastycznych wyroków nowych sądów koranicznych wstrząsnęło opinią publiczną w całym Pakistanie. Dwa tygodnie po osiągnięciu porozumienia z rządem, 8 kwietnia, talibowie podjęli ofensywę w sąsiedniej dolinie, okręgu Buner, łamiąc tym samym warunki rozejmu.
Dopiero miesiąc później, 7 maja przyszła pierwsza stanowcza reakcja ze strony rządu: premier Yousaf Raza Gillani wezwał armię do podjęcia zdecydowanych działań, aby wyeliminować talibów z tych terenów. Po latach tolerowania, a często aktywnego wspierania ruchu talibów rząd Pakistanu zdaje się pomału rozumieć, że coraz lepiej zorganizowani talibowie, gdy porozumieją się z innymi zbrojnymi organizacjami fundamentalistycznymi działającymi na pozostałych obszarach Pakistanu, mogą doprowadzić do dalszego rozpadu kraju. Dalszego, gdyż Pakistan utracił połowę swoich mieszkańców i jedną piątą terytorium już raz w swej historii: w 1971 roku, gdy powstał Bangladesz. Ofensywa armii na tych terenach rozpoczęła się na nowo, a walki nie ustały do dziś.
Mieszkańcy Swatu i Diru, zbulwersowani brutalnością krótkotrwałych rządów talibów na swoich terenach, z umiarkowaną satysfakcją witają pakistańską armię i powrót rządowej administracji. Dla nich to tylko mniejsze zło. Powraca wszechobecna korupcja, opieszałość administracji i wszechwładza policjantów, którzy wykorzystują każdą okazję, aby wymusić łapówki, czego my doświadczamy wielokrotnie na własnej skórze. Procesy sądowe ciągną się latami, wieśniacy nie mogą dochodzić swoich praw, gdy urzędnicy państwowi zagarniają bezprawnie ich ziemię, liczba przestępstw pospolitych rośnie, a policja przymyka na to oko. Wszyscy liczyli, że talibskie sądy koraniczne wnet rozwiążą zadawnione spory i zaprowadzą sprawiedliwość. I tak też zaczęło się dziać, choć mało kto z miejscowej ludności spodziewał się surowych wyroków w sprawach obyczajowych. Krótki okres władzy talibów zawiesił także obowiązywanie drakońskich praw, datujących się jeszcze na czasy brytyjskiej okupacji, dających policji prawo przetrzymywanie osób w areszcie przez trzy lata bez wyroku sądowego, a administracji prawo konfiskaty lub zniszczenia majątku osób bez wyroku sądowego, jedynie na mocy urzędowej decyzji. Wraz z armią powróciły też te prawa.
Ludność tych dolin od lat czuje się wyalienowana społecznie i polityczne. Region ten jest niedofinansowany, a pieniądze przeznaczane centralnie na jego rozwój przechodzą przez rodzaj ‘administracyjnego filtra’, który na każdym szczeblu decyzyjnym przejmuje pewien ‘osad’, a na projekty rozwojowe już nic nie zostaje.
Uregulowania dotyczące działalności partii politycznych także od dekad sprzyjają politycznej alienacji tych obszarów plemiennych, które nigdy nie zostały administracyjnie i politycznie zintegrowane z resztą kraju. Od początku istnienia państwa obowiązywał tu zakaz działalności partii o zasięgu krajowym. Powodowało to, że partie o zasięgu lokalnym nabierały charakteru fundamentalistycznego i skrajnie konserwatywnego, blisko wiążąc się z lokalnymi środowiskami przestępczymi lub religijnymi, co wzmacniało separatyzm i fanatyzm.
Teraz, 14 sierpnia prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari ogłasza decyzję, która ten stan rzeczy powinna w końcu zmienić: parlament ma przyjąć ustawę, na mocy której zakaz działalności krajowych partii politycznych na terenach plemiennych zostanie zniesiony: w wyborach parlamentarnych w 2013 roku będą mogły one prowadzić kampanię wyborczą także na tzw. Terytoriach Plemiennych Administrowanych Federalnie (FATA), i startować z tutejszych okręgów.
Gdy wjeżdżamy na wzniesienie, kierowca łapie sygnał przenośnej stacji radiowej talibów. Takich nielegalnych nadajników jest wiele, choć nikt nie wie dokładnie ile. Jak informuje Pakistańska Agencja Nadzoru Mediów Elektronicznych (PEMRA), do tej pory udało się zamknąć 160 takich stacji nadawczych na terenach plemiennych graniczących z Afganistanem. Okazuje się, że wielu urzędników pakistańskiej administracji państwowej dorabia sobie, instalując je i oddając talibom. Koszt nadajnika waha się od 200 do 500 złotych. Audycje religijne, lokalny odpowiednik Radia Maryja, prowadzone są przez talibów popularnie zwanych „mułłami FM”. Na tych terenach brak zarówno źródeł informacji, jak i rozrywki, państwowe radio i telewizja są niedostępne, więc „mułłowie FM” wypełniają tę lukę na rynku rozrywki. Armia usiłuje walczyć z radiowymi mułłami instalując urządzenia zakłócające, ale w górzystym terenie ich skuteczność jest bardzo ograniczona.
Po dwóch dniach przjeżdżamy przez Przełęcz Lowari na wysokości 3118 metrów i wjeżdżamy do okręgu Czitral. Tu kończy się władza talibów. Wali Khan i obaj kierowcy oddychają z ulgą: współpraca z obcymi kończy się tu strzałem w głowę. Nie jest to mi obce: w ten sposób życie straciło dwóch moich przyjaciół i współpracowników, z którymi razem budowaliśmy szkoły w Afganistanie.
Jeszcze tylko niespełna sto kilometrów i docieramy na koniec świata, do trzech tzw. dolin Kalaszów: Bumburet, Birir i Rumbur. Od naszej wioski do granicy afgańskiej jest 7 kilometrów. To tymi dolinami docierało zaopatrzenie dla afgańskich mudżahedinów walczących z Armią Czerwoną w Afganistanie w latach osiemdziesiątych. To tędy, zimą 1980 roku, uciekał z Afganistanu Ahmad Szah Masud, szukając schronienia w Czitralu. Tutaj też po raz pierwszy założył charakterystyczną czapeczkę pakol, z którą już się nigdy potem nie rozstawał - w dowód wdzięczności dla tutejszej ludności, która udzieliła mu schronienia i pomocy w potrzebie.
Witam się z dawnymi znajomymi Kalaszami, wypakowujemy z furgonetki nowiutkie komputery i system zasilania słonecznego. Są to pierwsze komputery, jakie trafiają do tych dolin, gdzie jedynym źródłem energii elektrycznej jest malutka hydroelektrownia, zbudowana przez Fundację Aga Khana, dostarczająca prądu o napięciu 50-80 Volt przez 2-3 godziny dziennie. Nasze baterie słoneczne są więc w tych dolinach pierwszym źródłem ‘normalnego’ prądu.
Kalasze to najbarwniejsze plemię w Pakistanie, kultywujące odrębną tradycję religijną liczącą ok. 4 tysięcy lat. Dla kulturoznawcy i religioznawcy jest to żywa archeologia: kulty religijne Kalaszów – jedynego niemuzułmańskiego plemienia w Pakistanie – i ich zespół wierzeń to pozostałości po okresie, zanim jeszcze nie wykształciła się w pełni religia wedyjska w Indiach i awestyjska w Persji. Są to potomkowie ludów indoeuropejskich, które przybyły na tereny Afganistanu w III tysiącleciu p.n.e., a które potem poszły dalej na wschód i zachód, dając początek Ariom i Persom. Plemiona, z których wywodzą się Kalasze, pozostały na terenie dzisiejszego Afganistanu i stopniowo zostały zepchnięte w niedostępne góry przez ludność muzułmańską. Spokrewnieni z Kalaszami Nuristańczycy – tradycyjnie zwani kafirami, czyli niewiernymi – zostali siłą nawróceni na islam przez wojska amira Kabulu Abdur Rahmana Khana w latach 1880-tych. Ich świątynie i miejsca kultu zostały bezpowrotnie zniszczone a wierzenia i mitologia skutecznie wymazane. Kalasze natomiast przetrwali w jeszcze trudniej dostępnych dolinach, które zostają odcięte od świata na pół roku wraz z pierwszymi opadami śniegu. Żyją w warunkach skrajnie surowych, poniżej poziomu ubóstwa, utrzymując się głównie z hodowli kóz o owiec.
Przybysza, który przywykł na pakistańskiej prowincji do tego, że przez całe dnie nie widzi się kobiet, a jeżeli się już jakaś objawi, to jest skutecznie otoczona burką, zadziwia widok uśmiechniętych kobiet Kalaszów pracujących w polu: z tradycyjnie pięcioma długimi warkoczami, ubranych w bogato haftowane stroje, ze ciężkimi sznurami korali i paciorków zawieszonych na szyi i szuszutrem na głowie - niezwykle zdobnym nakryciem głowy z długim ‘ogonem’, wyszywanymi paciorkami, srebrnymi guzikami i muszelkami kauri, tymi samymi, które trafiły na kapelusze tatrzańskich górali. W swoich barwnych powłóczystych sukniach wyglądają z daleka jak barwne zwiewne motyle.
W swoich podaniach Kalasze wywodzą swój rodowód od samego Aleksandra Wielkiego i jego żołnierzy. Mit ten jest charakterystyczny dla wielu plemion na terenach Azji Środkowej, od gór Tien-szan po Karakorum, gdzie od dwóch tysięcy lat powtarzane były opowieści o Iskanderzre, dobrym, sprawiedliwym i mocarnym władcy. Rodowód ten nie znajduje jednak żadnego potwierdzenia w badaniach. Mit o dzielnym Iskanderze przyciągnął do dolin Kalaszów Greków, którzy wybudowali tu m.in. muzeum. Co roku przyjeżdża grupka greckich wolontariuszy, aby w miarę możliwości nieść pomóc rozwojową. Ich siedziba znajduje się ok. 200 metrów poniżej kamiennej chaty, w której mieszkam.
Tradycja i mity Kalaszów są od tysiącleci przekazywane ustnie. Dopiero kilka lat temu trójka nauczycieli Kalaszów: Wali Khan, Iqbal Shah i Baras Khan, zaadaptowali na potrzeby ich języka alfabet łaciński, opracowali elementarz i podręcznik do nauki gramatyki. Środków na druk elementarza nie udało się zdobyć od rządu pakistańskiego - pochodziły z prywatnych darowizn. Do tej pory nikt nie spisał ani nie udokumentował systematycznie ich podań, mitów i legend, pomimo kilku prób podejmowanych w przeszłości.
Wieczory w dolinach Kalaszów upływają pomału, na plotkach i długich rozmowach, gdzie jedynym oświetleniem są gwiazdy. Siedzimy razem na kamiennym ganku chaty Wali Khana, przyklejonej do bardzo stromego zbocza. Razem z Walim, Iqbalem i Barasem opracowujemy projekt całościowej dokumentacji ustnej tradycji Kalaszów, ważnego źródła także dla lepszego zrozumienia tradycji awestyjskiej i wedyjskiej.
Choć Kalasze są ludem niezwykle barwnym, ich fotografie służą jako reklama rządowej Pakistańskiej Korporacji Rozwoju Turystyki, a rząd wskazuje na ich obecność jako żywy dowód tolerancji religijnej, to nie ma to żadnego przełożenia na warunki bytowe Kalaszów: ten ‘żywy dowód’ w przeciągu jednej generacji może wydać ostatnie tchnienie. Odpowiedzialne za to będą presja ekonomiczna, napór islamu i brak jakiegokolwiek wsparcia rozwojowego ze strony rządu pakistańskiego.
Przyrost naturalny wśród Kalaszów nie jest wysoki. W latach 1950-tych było ich 6 tysięcy, teraz pozostały tylko 3 tysiące. Żyją oni pod silną presją islamu: w ciągu ostatnich kilku dekad połowa z nich przeszła na islam. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Kalasze, lud pasterski, z pogardą patrzyli tradycyjnie na obrót pięniądzem i handel. Dlatego też handel w ich dolinach przejęli napływowi muzułmanie, którzy w kontaktach z Kalaszami wykorzystują swoją pozycję. Szkoły rządowe zatrudniają wyłącznie nauczycieli muzułmanów, którzy podczas lekcji prowadzą regularną indoktrynację i wyśmiewają tradycję Kalaszów. Od lat spotyka się to z protestami Kalaszów, które władze Pakistanu ignoruję. Regularnie dzieci przychodzące ze szkoły do domu dzielą się swoimi wątpliwościami, a dziewczęta zaczynają nakrywać głowę chustę na wzór islamski, gdyż nauczyciele mówią im, że strój Kalaszów jest nieprzyzwoity. Trudno się dziwić, że rodzice w rezultacie odmawiają posyłania swoich dzieci do szkoły, która traktowana jest jako źródło intensywnej propagandy religijnej.
Tak samo traktowane są lekcje języka i literatury urdu, która w wersji przekazywanej Kalaszom skupia się na wartościach religijnych. Rząd Pakistanu pozostaje głuchy na prośby Kalaszów, aby wprowadzić w szkole naukę ich języka. Jedyne zajęcia z języka Kalaszów prowadzi wolontariacko trójka moich przyjaciół: Wali, Iqbal i Baras.
W dolinach Kalaszów działają także rozmaite organizacje islamskie, które oficjalnie deklarują jako cel nawracanie Kalaszów. Konwertyci jako zachętę uzyskują znaczną zapomogę finansową, która umożliwia im kupno żyznej ziemi w dole doliny, tuż przy rzece, i budowę domu. W ten sposób powstała np. wioska Ajun, której wszyscy mieszkańcy to dawni Kalasze, teraz nazywający siebie ‘Sajid’. Jako konwertyci i tak musieliby opuścić wieś Kalaszów, gdyż porzucenie przez nich rytuałów powoduje, że stają się oni rytualnie nieczyści. Za
Struktura zabudowy przestrzennej wsi Sajidów wskazuje nie tylko na zmianę stylu życia, ale i na nowe wzorce myślenia. Tradycyjne domostwa Kalaszów są otwarte, a ich odkryty ganek jest zaproszeniem dla wędrowca. Na stromych zboczach górskich dach jednego domu jest podłogą drugiego i sąsiedzi mogą odwiedzać się bez przeszkód. Wieś Sajidów przypomina twierdzę: wzdłuż ścieżki ciągnie się po obu stronach wysoki kamienny mur, który skrywa życie codzienne. Nigdzie nie spotka się kobiet, zamkniętych za kamiennym murem.
Zabytki kultury materialnej są regularnie niszczone. Kalasze znani byli ze snycerki. Ich chaty były tradycyjnie bogato rzeźbione, a przed wejściem do wsi witały przybyszów wielkie figury przodków. Przy ołtarzach wysoko w górach znajdowały się drewniane rzeźby bóstw ich panteonu. Niektóre można zobaczyć jeszcze w muzeum w Peszawarze. Niestety, wraz z napływem ludności muzułmańskiej zabytki te zostały rozkradzione, miejsca kultu zbezczeszczone. Kalasze tradycyjnie chowali zmarłych w ich odświętnych strojach i ozdobach w bogato rzeźbionych trumnach, które umieszczano na podestach w zagajniku na drugim brzegu rzeki. To niezwykłe cmentarzysko zostało zniszczone, rzeźby przodków i rzeźbione trumny rozkradzione. Teraz wśród połamanych desek walają się w cieniu drzew przegniłe ubrania, ludzkie kości i rozbite czaszki.
W dolinach Kalaszów kończy się lato. W chatach słuchać terkot maszyn do szycia. Kobiety przygotowują się do sierpniowych obchodów uczau – święta dożynek i płodności. Zwyczaj nakazuje, żeby każda kobieta założyła tego dnia nową suknię. Święto to kończy formalnie dwumiesięczny letni okres, podczas którego dziewczęta rozglądają się za przyszłymi mężami. Wprawdzie formalnie decyzję podejmują rodzice, ale to dziewczęta bywają aktywną stroną, a swój wybór oznajmiają podczas nocnych obchodów uczau. Wówczas przez całą noc odbywają się tańce. Aż do momentu, kiedy pierwsze promienie słońca dotkną ziemi na centralnym placu we wsi. Stromizna gór powoduje, że promienie docierają tu dopiero ok. 10 rano, po kilkunastu godzinach tańca. W centrum wielkiego kręgu stoi starszyzna. Przedstawiciele klanów, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, intonują przy wtórze dwóch bębnów starożytne hymny i pieśni opiewające heroiczne czyny przodków. Wokół wirują barwnie ubrane kobiety, których zmęczenie się nie ima.
Znowu uczestnicząc w tym niezwykłym święcie mam wrażenie, że znajduję się w oazie spokoju, barwnym raju na krańcach świata, gdzie nie dociera wojna z Afganistanu i talibowie z dolin Swat i Dir. Kalasze powtarzają od lat: „Nasze doliny to jedyne spokojne i szczęśliwe miejsce w Pakistanie”.
Niestety, tydzień po moim wyjeździe dociera do mnie wiadomość: mój sąsiad, Athunasius Lerounis, grecki wolontariusz przyjeżdżający tu od lat i dbający o muzeum, został porwany przez Nuristańczyków dla okupu i oddany talibom. Policjant, który przybył mu na pomoc, został zastrzelony.
Kalasze mają pełną świadomość, że ten tragiczny incydent może skutecznie uniemożliwić działalność organizacjom pozarządowym, a na pomoc rozwojową ze strony rządu nie ma co liczyć. W akcie desperacji, delegacja Kalaszów z ‘mojej’ wioski skierowała do rządu Pakistanu protest: „Nasze doliny Bumboret, Birir i Rumbur znajdują się przy samej granicy z Afganistanem, przez którą swobodnie przechodzą bandyci i przemytnicy. Rząd Pakistanu nie czyni nic, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo i uszczelnić granicę. To godzi w podstawy naszej egzystencji. Jeżeli rząd Pakistanu nie zapewni nam bezpieczeństwa, będziemy musieli przenieść się do innego kraju”.
Tylko kto ich przyjmie...